Dzika Dusza

Piękna i Rycerzowa

Stała przed ścianą w swojej sypialni nie zastanawiając się ile zajmie jej pomalowanie takiej powierzchni. Dorodna kropla farby w pastelowym kolorze spadła na podłogę. W zasadzie racjonalniej byłoby gdyby miała wałek, ale są takie momenty kiedy „racjonalnie” ugniatane jest niczym kapusta w beczce, potem szczelnie owijane w folię, pod którą oddechu nie uświadczysz, a na koniec wysyłane paczką z biletem w jedną stronę. Zdarzają się zwroty, ale wtedy udaje że nie ma jej w domu. 

Stała więc tak z ociekającym pędzlem, a gdy dotknęła nim ściany nagle przypomniały jej się klimatyczne drewniane drzwi, które widziała u znajomych i które tak przyciągnęły jej uwagę. Niespodziewanie otworzyły się do wewnętrz, przestąpiła próg i prrrrrroszę, oto ona gotowa na spektakl. Przecież ona wie jak to powinno się odbywać. 

Czekała, a tu nic. Nul. Tu se ne dżeje. Już miała pociągnąć dzwonek na sznurku przywołujący życie do jej oczekiwań, gdy poczuła ciemność, jak się w nią wtapia i wwierca coraz głębiej, w zakamarki ciała, o których nie miała pojęcia. Osobliwe. Chciała zawołać, ale głos utknął jej gdzieś w okolicach obojczyka. Nagle cała zapadła się do brzucha. Lądowanie i w tej ciszy bum, ukłucie, skurcz. Zamarła. 

Zaczął ogarniać ją nieprzyjemny stan, który znała ale tak jak zna się sąsiada, który owszem mieszka obok, ale nigdy nie spotyka się go na klatce. 

Stan, który przychodzi nagle, ma dźwięk trzasku i smak końca. Coś do tej pory miękkiego staje się twarde, coś lekkiego ciężkie, coś pewnego ulatuje z wiatrem, a stabilny grunt – nie ma takiego. Coś pełnego staje się…

Tym razem serce. Nie czuła nic. Znieczulica. Nic na poprawę nastroju, nic na pogorszenie. Liczyła na źródło łez, ale zamrożone. Stan zawieszenia, jak jakiś robot w zbroi. Niby w sobie, a obok siebie.

I wtedy ją poczuła. Nie sądziła że się spotkają, tym bardziej tu, gdzieś między tarczycą, a trzecim metrem jelita.

Popatrzyła na samotność. Trzymała się całkiem całkiem, długie nogi, ładny dekolt. Choć do przesady chuda, w zasadzie to szkielet. Nagle wsadziła rękę do jej brzucha, a tam… pustka.

Z zaskoczenia znów wciągnęła ją czerń. Tym razem biesiada, u siebie. Wszystko i nic takie znajome i przytulne. Źródło łez puściło. Z wdzięczności i wzruszenia, za te lata, a może i wieki. Znów oddychała, a w jej wnętrzu pulsowało:

Zostań. Proszę cię. Tak długo szłam, zmęczyłam się. Przez siedem gór i siedem mórz byś oddechem swym…

***

On: masz ochotę na kawę?

Dobiegło ją z zaświatów kuchennych. Siedziała nieruchomo na brzegu łóżka i gapiła się w ścianę. 

Raz po raz czytała namalowany na niej tekst i czuła mrowienie wszędzie tam, gdzie wcześniej nie wiedziała, że coś jest.

✨ święta zwykłość dnia bo znalazłam cię ✨

***

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *