Sezon 1

#Pola 4 Aloha, witaj w raju

Jeszcze mokra od dopiero co wziętego prysznica wyszła na taras i zrobiła głęboki wdech. Nasycając zmysły widokiem rozciągającego się przed nią błękitnego oceanu, błyszczącej w promieniach słońca plaży, szumem droczących się z brzegiem fal i leniwym tańcem poruszanych przez wiatr palm, spłynęło na nią poczucie, że jest u siebie. Pochyliła głowę i pozwoliła promieniom hawajskiego słońca rozgrzewać swoje włosy, szyję i ramiona. Zaczęła subtelnie poruszać biodrami, falowym ruchem dała się poprowadzić niepowtarzalnej muzyce granej przez naturę. Jej ciało ogarnęło głębokie odprężenie, zaintrygowana obserwowała jak każda komórka jej ciała wydaje z siebie ciche westchnienie ulgi przemieszanej z wdzięcznością i radością.

To ten czas. W końcu dotarła do miejsca, które tropiło ją od dawna. 

A może to nie to miejsce ją tropiło. Może to On…

Porzuciła chęć analizy ich powitania na lotnisku. Skupiła się na swoim wrażeniu. Było zaskakująco miło i jakoś tak… swobodnie, ożywczo, jakby znali się od wieków, tymczasem nie widzieli się z dobrych 5 lat i w gruncie rzeczy niewiele o sobie wiedzieli. Poznali się na wakacjach w Kenii, ależ to była soczysta wyprawa… Wrażeń z wycieczki na safari chyba nie zapomni do końca życia. Od razu złapali porozumienie, lekkość w rozmowie, potem mieli kontakt tylko online. Sporadyczny, ale najwyraźniej wystarczający, żeby w końcu dała się namówić na odwiedzenie go na Hawajach. Jego stanowczość „teraz, albo w ogóle” zbiegła się z jej wewnętrzną potrzebą zmiany otoczenia i tym subtelnym wewnętrznym nawoływaniem, którego nie umiała sprecyzować, ale które nie pozwalało jej po raz kolejny odłożyć propozycji wymówką „jestem w ferworze kilku projektów, nie dam rady teraz”.

Choć już była bliska wizji, że ferwor wciąż aktualny. Sms od wspólnika z informacją, że ich kluczowy klient rezygnuje z dopiero co dopieszczonej umowy o mały włos nie doprowadził ją do omdlenia. Dowcipów mu się zachciało… A ona nieprzytomna zostałaby na tej wygodnej sofce w kawiarni, nie dotarłaby na odprawę… nie usłyszała zapowiedzi na samolot… nie wypiła lampki wina z tym miłym przystojniakiem, który siedział obok niej… 

Potrząsnęła głową, jednak nie… Zamiast tego wysiadła na rozgrzanej płycie lotniskowej i z wielkim, nieokiełznanym uśmiechem, który miał to do siebie, że żył własnym życiem i który ewidentnie znalazł sobie kompana w jego łobuzerskim spojrzeniu, mogła usłyszeć wibrujące w jej uszach do tej pory Aloha, witaj w raju… i w sekundzie poczuć coś nieuchwytnego, mieć nieodparte wrażenie, że oto zaczyna się coś, co już na zawsze odmieni ją… i to miejsce…

***

Było późne popołudnie, a ona pomimo totalnej trzeźwości była jak upojona. Nigdy wcześniej, choć była wrażliwa na rośliny, nie czuła takiego połączenia z naturą. Wszystko działo się samoistnie, poza logiką, po prostu czuła jak tutejsza przyroda w harmonii śpiewa swoją pieśń i tańczy własnym tańcem. Celebruje swoje istnienie i zaprasza ją do siebie, jakby od dawna była wyczekiwanym tu gościem. I z jakiegoś powodu odsłania przed nią rąbek swojej tajemnicy i kusi.. gotowa na intensywniej? 

Spacerowali obrzeżami dzielnicy Waikiki bezwiednie podążając w stronę skąd dobiegała muzyka. Nieco oszołomiona, ale jednocześnie rześka z zapartym tchem słuchała jego opowieści o tym miejscu, ludziach i ostatnich intrygujących wydarzeniach… 

To było wesele. Posiadłość, którą właśnie mijali była nasycona gwarem rozmów i radością tańca. Wiedzeni ciekawskim instynktem dali nura w zielone czeluści żywego ogrodzenia. Nagle, z podglądania hawajskiej imprezy, wyrwał ich niski, męski głos. Znieruchomiała. Dopiero po chwili zorientowała się, że mężczyzna nic nie mówi, to był śmiech. 

Gdy już się wygramolili zobaczyła starszego Hawajczyka w kwiecistej, niebieskiej koszuli, siedział na drewnianym krzesełku, tuż przy żywopłocie. Przyglądał im się przyjaźnie, z błyskiem w oku, który mogłaby przysiąc, już gdzieś widziała. 

Aloha. Po co tu przyszliście? Zanim jednak zdążyli się odezwać starszy pan zwinnie złożył krzesełko i zapraszającym gestem wskazał wejście na posesję. Dopiero teraz zauważyli ukrytą w żywopłocie zdobioną, metalową furtkę. Otulona po obu stronach drzewami czerwonej plumerii zdawała się być zdecydowanie większa niż w rzeczywistości. Większa i żywsza. W symbiozie z oplatającymi ją zielonymi pnączami tworzyły istne dzieło sztuki. 

Witajcie w raju uśmiechnął się tajemniczo i wprowadził do ogrodu jednocześnie każdemu podając piękne lei z kwiatów. Odwróciła się w stronę swojego towarzysza i oniemiała…

Pełne radości dzielenie się życiową energią w chwili obecnej.

To znaczy Aloha.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *