Sezon 1

#Pola 7 Czym jest Miłość?

Pełne radości dzielenie się życiową energią w chwili obecnej. 

To znaczy Aloha.

Napis, który widziała na jakimś billboardzie w mieście kołatał jej się po głowie drukowanym literami. Stała jak wryta, czując gęsią skórkę ogarniającą jej kark i głowę. 

Gdzieś w czeluściach jej istoty zapalały się i gasły poszczególne słowa…

… Radość

… Dzielenie się

… Energia życiowa

… Chwila obecna 

Wszystkie lekko pląsały, wirowały, zaczepiały się, wskakiwały jedno na drugie, gilgotały, żartowały, niektóre nawet dąsały, ale tylko po to, by zaraz się przytulić i dać radosnego kuksańca… 

Dołączyły do nich goniące się dzieci, dorośli przekrzykujący się w trakcie wznoszenia pięciu toastów na raz i para młoda w rozkosznym pocałunku w wersji bez cenzury. Babcia gibką mową ciała pokrzykująca na dzieci, jeszcze starsza babcia drzemiąca pod kwiecistym kocykiem z intrygująco rozmarzonym uśmiechem i dziadek błogo pykający fajkę. Dołączyła i wolno latająca kolorowa Ara, podpijająca z kieliszków, gdy nikt nie patrzył, bąbelkowe płyny… 

Na pierwszy rzut racjonalnego oka niby chaos, gdy jednak do wypowiedzi otworzyło się serce – czysty, harmonijny taniec…

Miała wrażenie, że zaraz i jej wszystkie komórki ciała, które większość życia spędziły w ścisłej restrykcji co im wolno, a co nie, a teraz wręcz gotowe na wszystko, bez pytania dołączą do tej hawajskiej ferajny podskakując i wirując z szarfami… na bogato, a co!…

I o ile obyło się bez szarf to faktycznie w podskokach, z falą radości i śmiechu gości wyłaniających się zza rogu domu, zagarnięto ją i Filipa do centrum tych weselnych uciech. Przywitani jakby dawno niewidziani, najlepsi znajomi zostali usadzeni przy stole numer trzy, z widokiem na ocean, i uraczeni bąbelkowym napojem, tak żeby Ara nie widziała… 

Momentalnie zaangażowano ich do weselnych występów artystycznych, bo akurat w konkursowej rywalizacji przyszła kolej na stolik numer trzy…  Improwizacja scenek rozkręcała kreatywność całego towarzystwa co kwitowane było raz po raz wybuchem śmiechu różnej maści, począwszy od pisku najmłodszych po płacz dorosłych, a skończywszy na wydobywającym się dosadnie z prawie bezzębnych otworów gębowych, radosnego pomruku starszyzny. No bo jak tu nie rechotać, gdy w wyniku rzuconego zdania ad hoc niespodziewanie stajesz się rekwizytem i debiutujesz jako muszla, na szczęście nie klozetowa, tylko ta wyrzucona na brzegi oceanu… Z wrażenia nawet kolorowej Arze zaklinowała się głowa w jednym kieliszków… 

Koniec końców w konkursie wygrali wszyscy i z tej okazji zaprezentowano nowe potrawy, które niczym gwiazdy na czerwonym dywanie, bez pośpiechu i z uśmiechami numer siedem, rozpoczęły pozdrawianie swoich fanów ponętnie uginającymi się warzywnymi pióropuszami i gdzieniegdzie wystającymi nóżkami… Nastąpił czas bezwstydnego uwodzenia tajemniczo rozpływającymi się zapachami i nieznajomymi nazwami… Na koniec wjechały desery, publika jęknęła na widok tych lodowych z dumnie prezentującymi swoje jędrne, ciemnoczerwone brzuszki wisienkami… 

W brzęku sztućców, nieokiełznanej radości kubków smakowych gości i ferii ochów i achów przemieszanych z ciszą celebrującą tu i teraz rozpoczęła się pozakonkursowa runda bonusowa, której głównymi bohaterami stali się… Oni. 

Goście w tempie błyskawicznym, jakby to było ich głównym zajęciem na tych piaszczystych plażach, kreowali różne bujne scenariusze życia Poli i Filipa, a ci nim zdążyli zdementować lub potwierdzić życiorys, słyszeli w obiegu już kolejny wariant tego co czują po przebudzeniu, jakie jest ich skryte marzenie i czego nigdy nie robią po zmierzchu. Zresztą, choćby chcieli się odezwać to nie byli w stanie, fale śmiechu które przetaczały się przez ich ciała utrudniały im symultaniczne zgranie refleksu z aparatem mowy…

Pola czuła jak jej ciało coraz bardziej się rozluźnia, a głowa odpuszcza myśli o pracy, projektach i klientach, które pomimo rajskiej scenerii potrafiły nagle wtargnąć w jej przestrzeń, wywrócić harmonię do góry nogami i pognać dalej. Ileż razy ganiła siebie za tą pączkującą w jej umyśle, w tempie zdecydowanie ponadprzeciętnym analizę, która zamiast pomóc tylko wzmagała poczucie bycia w labiryncie… a tu, ni stąd ni zowąd, bez wysiłków, technik i całej rzeszy rad „pani doskonałej” wszystko samoistnie rozpuszczało się… i ją ożywiało… Jeszcze nigdy nie czuła tak intensywnie smaku zwyczajnej wody z cytryną… I tak intrygującego rozgrzania w okolicy serca… Kolejne myśli znikały, gdy tak wpatrywała się w niepowtarzalne barwy zachodzącego nad oceanem słońca. Czuła na ramionach i karku przyjemne ciepło, odprężenie spływało w dół pleców i subtelnie rozpływało się po całym ciele. Przez moment miała wrażenie, że delikatnie się unosi…

W tym niezapowiedzianym stanie błogości wyczuła na sobie wzrok Filipa. Gdy odwróciła głowę w jego oczach wyczytała to samo co czuła i ona – w tej przestrzeni mieszkała Miłość. 

Wzięła głęboki wdech i powoli, sycąc zmysły, rozejrzała się wokół. Nadal wszystko tańczyło… A po bąbelkowym napoju (Ara nie widziała), nawet z przytupem…

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *